TURCJA: Pamukkale, Stambuł, Ankara, Kapadocja (Göreme, Uçhisar), Konya




Minęło 18 lat od mojego pierwszego wyjazdu do Turcji. Rafał nigdy tam nie był, a że chciał zobaczyć ten kraj, szybko dałam się przekonać, by wakacje w 2023 roku spędzić właśnie tam. Pod jednym warunkiem: odwiedzę miejsca, których jeszcze nie widziałam, a jeśli pojedziemy do Kapadocji, to - mimo mojego lęku wysokości i przestrzeni - polecimy balonem o wschodzie słońca. I tak właśnie zaczęła się podróż, która spełniła wszystkie moje plany.

Na początek udaliśmy się do Pamukkale, nazywane czasami bawełnianą twierdzą. Oglądając zdjęcia tego miejsca myślisz „niemożliwe, że natura wytworzyła coś takiego”. A potem stoisz tam, bosymi stopami dotykając rozgrzanego od słońca trawertynu. Białe tarasy lśnią w słońcu jak zamarznięte fale, a turkusowa woda płynie leniwie, jakby nigdzie się nie spieszyła.

 

Pamukkale to turecki cud natury. Białe tarasy w rzeczywistości są twardą skałą rzeźbioną od blisko 14 tysięcy lat przez wypływającą z gorących źródeł wodę bogatą w węglan wapnia. Spływając po zboczu góry Cökelez, tworzy kolejne warstwy trawertynu. To właśnie te osady formują półkoliste baseny znane z pocztówek. 

 

Wcześniej wyobrażałam sobie, że stąpanie po ogromnych, białych tarasach będzie jak spacer w chmurach. W rzeczywistości słońce i tłumy zweryfikowały moje oczekiwania. Tarasy parzyły w stopy, sprawiając, że każdy krok stawał się wyzwaniem. Podłoże, zamiast miękkiej bieli, okazało się być twarde, śliskie i momentami bardzo nierówne. Biel w promieniach sierpniowego słońca była tak intensywna i oślepiająca, że okulary przeciwsłoneczne okazały się niezbędne, aby móc podziwiać ten niebywały cud natury. 




Mimo że miejsce nie jest tak ogromne, jak wygląda na katalogowych zdjęciach, ta biel spadająca kaskadami potrafi sprawić, że człowiek nagle czuje się bardzo mały.
I chyba właśnie w tym oraz prawdziwości i surowości tego miejsca tkwi magia Pamukkale. I kiedy stoisz tam, z gorącym trawertynem pod stopami, z bijącym szybciej sercem i z lekkim rozczarowaniem, że to wszystko jest mniejsze, niż myślałaś… dociera do Ciebie, że tak wygląda prawdziwe podróżowanie. Nie zawsze jak z pocztówki, ale zawsze z emocjami, które zostają na długo.



Pamukkale jest częścią większego kompleksu Hierapolis–Pamukkale, wpisanego na listę UNESCO w 1988 roku ze względu na wyjątkową wartość przyrodniczą i historyczną. Miasto Hierapolis zostało założone w II w. p.n.e. przez władcę Pergamonu Eumenesa II, gdzie do dziś w bardzo dobrym stanie zachował się teatr.


W starożytności było znane jako uzdrowisko - Rzymianie i Grecy wierzyli w leczniczą moc gorących źródeł. 



Opuściliśmy Pamukkale i pojechaliśmy do Stambułu. Stambuł to... minarety na tle zachodu słońca, Bosfor błyszczący jak tafla szkła, zapach przypraw towarzyszący spacerom ulicami tego wielkie miasta. Myślisz, że wiesz, czego się spodziewać. A potem lądujesz tam naprawdę i wszystko okazuje się… intensywniejsze, głośniejsze, prawdziwsze.
Stambuł nie jest miastem, które się zwiedza. To miasto, które Cię pochłania. Jednego dnia siedzisz na brzegu Bosforu i patrzysz, jak promy przecinają wodę w rytmie, który wydaje się niezmienny od wieków. Drugiego — gubisz się w plątaninie ulic, gdzie zapach parzonej kawy miesza się z zapachem przypraw, a sprzedawcy natrętnie nawołują Cię do zakupów z każdej strony. A potem przychodzi moment, w którym Stambuł pokazuje swoją drugą twarz. Tłumy, które potrafią zmęczyć. Hałas, który nie odpuszcza. Upał, który przykleja ubrania do ciała. I ta myśl, że to miasto jest piękne, ale nie jest łatwe. Że nie jest pocztówką. Jest za to żywym organizmem, który oddycha, pulsuje, czasem przytłacza, a czasem zachwyca tak, że brakuje słów.



Hagia Sophia to miejsce, które większość kojarzy zazwyczaj ze szkolnych podręczników, zdjęć, z opowieści nauczycieli. Ja uczyłam się o niej prawie trzy dekady temu, siedząc w szkolnej sali i podziwiając ogromną świątynię z jej charakterystyczną kopułą na przeźroczach (tak, tak wtedy wyświetlało się obrazy na ścianie za pomocą diaskopu). Wydawała się czymś z innego świata.
W końcu jestem w Stambule. Idziemy przez plac Sultanahmet, mijamy tłumy turystów, obnośnych handlarzy… I nagle wyrasta ona, wielka, ciężka od historii, a jednocześnie tak spokojna, jakby od wieków patrzyła na wszystko z dystansem. 
Wchodzimy do środka i czujemy, że to nie jest zwykła budowla. Miejsce, które widziało upadek Bizancjum, narodziny Imperium Osmańskiego i współczesną Turcję.







Wszystko to powstało w zaledwie pięć lat. Przypominam sobie, że przez prawie tysiąc lat była największą świątynią świata. Że konstrukcja kopuły stała się przełomowa w historii architektury. Że dotykam miejsca, które było symbolem dwóch imperiów. Ale kiedy tam stoję, nie myślę o datach. Myślę o tym, że spełniam marzenie sprzed lat, marzenie, które zrodziło się z przeźroczy.





Hagia Sophia w obecnym kształcie powstała w latach 532–537 n.e. z polecenia cesarza Justyniana I. Zaledwie 5 lat, które wystarczyły do budowy obiektu tej skali już czynią świątynię wyjątkową - większość katedr średniowiecznych powstawało przez 100–300 lat. Po ukończeniu była największą katedrą chrześcijaństwa i pozostała nią aż do XII wieku. Ogromna, wysoka na 55 metrów, kopuła Hagii Sophii była absolutnym cudem inżynierii. Była pierwszą w historii, która spoczęła na pendentywach - specjalnych trójkątnych elementach pozwalających postawić okrągłą kopułę na kwadratowej podstawie. To był przełom, który później inspirował architekturę zarówno chrześcijańską, jak i islamską.
Wnętrze wypełniają:
    - bizantyjskie mozaiki (częściowo zasłonięte, ale nadal obecne),
    - osmańskie medaliony z kaligrafią,
    - elementy architektury z obu epok.

Obecna Hagia Sophia to trzecia świątynia stojąca w tym miejscu. Poprzednie dwie spłonęły lub zostały zniszczone m.in. podczas słynnych zamieszek Nika w 532 roku.


To też jedna z nielicznych budowli na świecie, która pełniła tak różne funkcje:
    - kościoła chrześcijańskiego (360–1204, 1261–1453),
    - katedry katolickiej podczas okupacji krzyżowców (1204–1261),
    - meczetu po zdobyciu Konstantynopola (1453–1935),
    - muzeum (1935–2020),
    - ponownie meczetu (od 2020 roku).

Hagia Sophia była sercem Bizancjum, a po 1453 roku stała się jednym z najważniejszych symboli Imperium Osmańskiego. Zamiast ją zburzyć, sułtan Mehmed II kazał ją zachować i przekształcić - to pokazuje jej ogromne znaczenie.
Wnętrze ma niezwykłą akustykę - tak dobrą, że współcześni badacze odtwarzają wirtualnie brzmienie bizantyjskich chórów, aby zrozumieć, jak brzmiały liturgie 1500 lat temu.

Hagia Sophia jest częścią kompleksu Historycznych Obszarów Stambułu, wpisanych na listę UNESCO w 1985 roku.

Spacer po dawnym hipodromie przenosi w czasy, kiedy to miejsce było sercem Konstantynopola. Dziś to tylko plac, ale wystarczy odrobina wyobraźni, by usłyszeć echo rydwanów i krzyki tłumu.


Błękitny Meczet w Stambule zachwyca już z zewnątrz, ale dopiero w środku czuć jego prawdziwą magię: chłód dywanów pod stopami, miękkie światło wpadające przez witraże i te słynne niebieskie płytki.
Jego prawdziwa nazwa to Meczet Sułtana Ahmeda (Sultanahmet Camii). Nazwa Błękitny Meczet wzięła się od ponad 20 000 ręcznie malowanych ceramicznych płytek z İzniku, które zdobią wnętrze i nadają mu charakterystyczny niebieskawy blask.


Meczet został wybudowany w latach 1609–1616, czyli w zaledwie 7 lat. W czasach budowy tylko Wielki Meczet w Mekce miał sześć minaretów. Aby uniknąć konfliktu religijnego, do meczetu w Mekce… dobudowano siódmy minaret.
Projekt stworzył Sedefkâr Mehmed Ağa, uczeń największego architekta Imperium Osmańskiego. Dzięki temu meczet łączy w sobie monumentalność stylu osmańskiego, inspiracje Hagia Sophią,
perfekcyjne proporcje i akustykę.
Błękitny Meczet zachwyca, ale dopiero kiedy zdejmujesz obuwie i stąpasz po chłodnym dywanie, dociera do Ciebie, że to miejsce żyje — modlitwą, szeptami i światłem wpadającym przez 200 witraży.
Kopuła wisi nad głową jak niebo w miniaturze, a cztery masywne filary niczym słoniowe nogi przypominają, że to miejsce stoi tu od ponad czterystu lat. I że powstało z ambicji sułtana Ahmeda I, który chciał stworzyć świątynię dorównującą Hagia Sophii. A jednak Błękitny Meczet nie przytłacza. Jest w nim coś kojącego. Może to rytm modlitwy, może miękkie światło, może to, że mimo tłumów panuje tam dziwny rodzaj ciszy — takiej, która nie ucisza ludzi, tylko myśli.

Po chwilach wyciszenia i refleksji spędzonych w świątynnych murach, przyszedł czas na Wielki Bazar. Labirynt uliczek, który wciąga i męczy jednocześnie. 45 tysięcy metrów kwadratowych, cztery tysiące sklepów i sprzedawcy, którzy potrafią być bardziej hałaśliwi, a niekiedy natrętni niż samo miasto. 




Nasza przygoda z jednym z handlarzy, prowadzących obnośną sprzedaż perfum była tego najlepszym przykładem. Siedzieliśmy w kawiarni pijąc turecką kawę, szukając chwili oddechu od bazarowego zgiełku i upału. Rafał w swojej niewinności i naiwności zapytał handlarza o cenę jednego z perfum… i to był błąd. Pan dopadł nas niczym swoje ofiary. Obsługa kawiarni tylko zerkała z ukosa, widać było, że nie chcą ingerować, ani zadzierać z lokalnym handlarzem. Wtedy zrobiło się nieco strasznie, dzisiaj jest śmiesznie, bo historia przybrała formę anegdoty, może trochę z odrobiną przestrogi.


Rejs po Bosforze to zupełnie inne oblicze miasta. Woda, wiatr, minarety na horyzoncie. I świadomość, że płyniesz między dwoma kontynentami - po jednej stronie Europa, po drugiej Azja. Dwa światy, dwie kultury, które spotykają się na tej szerokiej, błękitnej wstędze wody. I nagle rozumiesz, dlaczego Stambuł jest taki, jaki jest, bo stoi na styku wszystkiego.
Mijamy pałac Dolmabahçe, meczet Ortaköy, twierdzę Rumeli Hisarı i stare osmańskie rezydencje nad samą wodą. A między tym wszystkim przepływają kontenerowce wypełnione towarami m. in. z chińskich platform sprzedażowych. Współczesność miesza się tu z historią na każdym kroku. To przypomina też, że Stambuł to nie tylko historia, ale też współczesna arteria handlu.


Ogromny, biały, elegancki Pałac Dolmabahçe wygląda jakby ktoś przeniósł europejski pałac nad tureckie wybrzeże. To tutaj mieszkał ostatni sułtan, a później Atatürk.


Meczet Ortaköy to jeden z najbardziej fotogenicznych meczetów w Turcji. Delikatny, jasny, stojący tuż nad wodą, z mostem Bosforskim w tle. 


Trzy mosty nad Bosforem łączą Europę z Azją. Kiedy przepływa się pod nimi, czuje się tę symbolikę,  jakby na chwilę byłoby się pomiędzy światami.


Twierdza Rumeli Hisarıto to ogromna, średniowieczna forteca zbudowana w zaledwie cztery miesiące przez Mehmeda Zdobywcę. Wygląda jakby pilnowała cieśniny do dziś.



Wieczorny spacer zaczęliśmy od dworca Sirkeci (Sirkeci Garı) — historycznej stacji słynnego Orient Expressu. To właśnie tutaj kończyła bieg legendarna trasa z Paryża.


Pierwsza trasa z 1883 roku prowadziła z Paryża przez m.in. Budapeszt, Belgrad i Bukareszt aż do Stambułu. Podróż trwała ok. 80 godzin i liczyła ponad 3000 km. Choć Orient Express już tu nie dociera, Sirkeci nadal jest ważnym punktem komunikacyjnym – obsługuje m.in. linię Marmaray, która łączy Europę i Azję tunelem pod Bosforem.


W latach 50. i 60. restauracja na dworcu była miejscem spotkań pisarzy, dziennikarzy i dyplomatów. To tu bywała m.in. Agatha Christie, która inspirowała się atmosferą dworca, pisząc Morderstwo w Orient Expressie.



Potem udaliśmy się w stronę wieży strażniczej Galata Kulesi. 



Na koniec pobytu w Stambule zwiedziliśmy jeszcze Topkapi - pałac, który przez 380 lat był centrum imperium.
Topkapi to miejsce, w którym przekraczając bramę, czujesz, że wchodzisz do zupełnie innego świata - świata, w którym zapadały decyzje zmieniające losy imperiów. To nie jest pałac w europejskim stylu, pełen złotych korytarzy i monumentalnych komnat czy sal. Topkapi jest labiryntem ogrodów, dziedzińców i pawilonów, które bardziej przypominają spokojne miasteczko niż siedzibę sułtanów. A jednak w każdym zakątku czuć potęgę, nie tą krzykliwą, ale tę, która mówi szeptem.


Idziemy przez kolejne dziedzińce i mamy wrażenie, że czas zwalnia. W jednym miejscu pachnie jaśminem, w innym słychać szum Bosforu, który przypomina, że pałac stoi dokładnie tam, gdzie Europa spotyka się z Azją.
Wchodzimy do haremu — miejsca owianego legendami — i nagle widzisz, że to nie bajkowa przestrzeń z filmów, ale skomplikowany świat kobiet, tradycji, intryg i codzienności. Korytarze są wąskie, pokoje mniejsze, niż można by się spodziewać, ale każdy centymetr pokryty jest misternymi płytkami, które wyglądają jak namalowane ręką kogoś, kto miał nieskończoną cierpliwość.
Największe wrażenie robi jednak Skarbiec. Podziwiamy w nim sztylety wysadzane szmaragdami ze słynnym Sztyletem Topkapi, tron z czystego złota i zaczynamy rozumieć, jak ogromne, bogate i wpływowe było to imperium. I jak bardzo różniło się od Europy.


Wychodzimy na taras z widokiem na Bosfor i nagle wszystko układa się w całość. To tutaj sułtani patrzyli na statki wpływające do cieśniny. To tutaj zapadały decyzje o podbojach, wojnach, sojuszach i podatkach. To tutaj toczyło się życie, które możemy szukać w opowieściach Baśni tysiąca i jednej nocy.


Stambuł nie jest miastem łatwym. Jest głośny, intensywny, męczący, ale też piękny, fascynujący i pełen momentów, które zostają w człowieku na długo. To miasto, które się czuje i odbiera wszystkimi zmysłami.


Po intensywnym czasie w Stambule przyszła pora na Ankarę - stolicę Turcji, o czym wiele osób nie wie, myląc ją ze Stambułem. To co ukształtowało historycznie i kształtuje do dziś te miasta to z pewnością położenie i charakter. Ankara ma zupełnie inny rytm. Jest spokojniejsza, bardziej uporządkowana, mniej turystyczna. To miasto, które nie próbuje uwieść na siłę, ono po prostu jest. Prawdziwe, codzienne, pracujące.


Najważniejszym punktem naszego pobytu było Anitkabir - Mauzoleum Atatürka. To miejsce, które Turcy traktują jak narodową świątynię. Mustafa Kemal Atatürk to dla nich nie tylko polityk, ale ojciec współczesnej Turcji, człowiek, który zbudował nowoczesne państwo na fundamentach Imperium Osmańskiego.
 
Kiedy wchodzi się na teren Anıtkabir, czuje się powagę tego miejsca. Monumentalne schody, szerokie dziedzińce, strażnicy stojący nieruchomo jak posągi. A potem sama sala, w której spoczywa Atatürk — prosta, surowa, a przez to jeszcze bardziej poruszająca. To jedno z tych miejsc, gdzie nawet turyści mówią ciszej.


Ankara zaskoczyła też swoją historią. Zanim stała się stolicą, była znana z hodowli rasowych zwierząt, szczególnie angorskich kóz, od których pochodzi słynna wełna moherowa. Uprawiano tu też gruszki i winogrona, a miasto było ważnym punktem handlowym na Anatolijskim szlaku.
Dziś Ankara to nowoczesne centrum administracyjne i przemysłowe, ale wciąż kryje w sobie warstwy przeszłości. W jej obrębie znajdują się liczne stanowiska archeologiczne.



Kolejne dni w Turcji mieliśmy spędzić w Kapadocji. W miejscu, które wygląda tak, jakby ktoś wyrwał je z innej planety i umieścił pośrodku tego kraju. Księżycowy krajobraz, skały o fantastycznych kształtach, doliny, które wyglądają jak wyrzeźbione przez wiatr i czas. To jedno z tych miejsc, gdzie człowiek przestaje się zastanawiać, czy to natura, czy magia.



Zwiedzanie zaczęliśmy od skansenu Göreme, największego kompleksu skalnych kościołów w Kapadocji. 


Weszliśmy do środka i znaleźliśmy się w świecie sprzed tysiąca lat. Freski z XI wieku, wciąż pełne kolorów, patrzyły na nas z chłodnych, wulkanicznych ścian.


To niesamowite uczucie dotykać miejsc, które były schronieniem, świątynią, domem dla ludzi żyjących tu setki lat temu. W tych kościołach jest cisza, która nie jest pustką, tylko historią.

Potem pojechaliśmy na wzgórze Uçhisar. Widok stamtąd to coś, czego nie da się opisać jednym zdaniem. Cała Kapadocja rozciąga się jak ogromna mapa: doliny, stożki skalne, wąwozy, miękkie linie krajobrazu, które wyglądają jak namalowane.
To jedno z tych miejsc, gdzie człowiek nagle czuje, jak mały jest wobec natury. I jak piękny potrafi być świat, kiedy nikt go nie poprawia.




Wieczorem czekała nas turecka noc zorganizowana w jednej z jaskiń. Muzyka lokalna, taniec brzucha, wirujący derwisze, zapach tureckiej kuchni. 

Po nocy pełnej artystyczno-kulinarnych wrażeń przyszła pora na realizację największego naszego marzenia, czyli lot balonem nad Kapadocją.


  

Po księżycowych krajobrazach Kapadocji pojechaliśmy do jednego z najbardziej religijnych i konserwatywnych miast Turcji. Konya, bo o niej mowa, nie próbuje zachwycać architekturą czy widokami. Na tle innych miast Turcji zachwyca… spokojem. Głębokim, wyciszonym, niemal medytacyjnym.
Najważniejszym punktem zwiedzania było Muzeum Mevlany, poświęcone Dżalal ad-Dinowi Rumiemu, poecie, mistykowi i założycielowi zakonu derwiszów. Zakon znany jest z medytacji w ruchu - wirującego tańca, który ma prowadzić do duchowego uniesienia. To miejsce jest jednocześnie muzeum, mauzoleum i duchowym centrum, do którego Turcy przyjeżdżają z całego kraju.



W środku panuje cisza, która nie jest wymuszona. To cisza pełna szacunku. Można tu zobaczyć ponad 30 tysięcy rękopisów, misternie zdobionych, zapisanych kaligrafią, która sama w sobie jest sztuką. Są tu również dywany i kilimy z XIII–XVIII wieku, tak piękne, że trudno uwierzyć, że to dzieło rąk ludzi żyjących tu setki lat temu.
Konya nie jest miejscem, które się zwiedza. To miejsce, które się odczuwa — powoli, w ciszy, w rytmie kroków na chłodnych kamiennych posadzkach. 

Ostatni dzień w Turcji spędziliśmy w Antalyi, jednym z popularnych kurortów. Był to dzień relaksu, ale udało nam się też odwiedzić Muzeum Etnograficzne, Muzeum Zabawek oraz wejść do XIX wiecznego domu i kościoła.





Turcja okazała się mieszanką spełnionych marzeń, zaskoczeń, trudnych momentów, zachwytów i śmiechu. Nie była idealna. Była prawdziwa. I może właśnie dlatego zostanie z nami na długo.